piątek, 21 czerwca 2013

KAZACHSTAN cz.1 – kraj benzyną płynący



14.06 W nocy po prawie 3h błąkania się po Astrahanie w celu znalezienia drogi wyjazdowej z miasta prowadzącej do granicy rosyjsko – kazachskiej docieramy do upragnionego celu. Spodziewaliśmy się biurokracji, jak na Ukrainie, a tu niespodzianka wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Co ciekawe przejsćie w Gyosham ma 10km pas „ziemii niczyjej” po rosyjskiej odprawie. Powoli zaczynają się drogi typu Armaggedon i jazda slalomem. Wyboiste drogi wynagradza nam bajecznie tanie paliwo 110 T – ok 2,5 zł ( 151T = 1$ ).
 
Jest upal , jest tanio :)

 Atyrau jest dużym miastem, w którym prawie każde drzwi prowadzą do banku. Tutaj przejeżdżając most nad rzeką Ural wjechaliśmy oficjalnie z Europy do Azji. 

Jestesmy w Azji.
 Co zobaczyć? Atyrau niczym nie zachwyca – ładny, zadbany plac z pomnikiem XIXw bojowników o wolność Makhambet i Isatai otoczony kwiatami obok znajduje się niebieski meczet Mangali. 

 Według mapy oraz miejscowych znaków, miasto jest położone 35km od Morza Kaspijskiego. Postanawiamy spędzić nocleg na piaszczystej plaży z chłodną bryzą  i nieograniczonym dostępie do wody. Jednak musimy tam dojechać... Zasięgamy informacji wśród miejscowych, ale jest spora rozbieżność – policjanci twierdzą, że do morza mamy 500km, a uprzejmy mówiący trochę po angielsku taksówkarz Donio twierdzi, że 30 km i rysuje nam mapką nawigacyjną. Jedziemy. Piękny asfalt za miastem przechodzi w wyboistą drogę otoczoną z jednej i drugiej strony 2m trzcinami. Zaczynamy czuć na twarzach chłodny powiem morskiej bryzy, widzimy przelatującą rybitwę i wydaje się nam, że może czai się tuż za rogiem.. Szuwary ciągną się w nieskończoność. Szuwary... Szuwary... Po godzinie „szuwarowania” poddajemy się i decydujemy się na nocleg nad Uralem z nieodłącznym towarzystwem komarów i muszek.

Kierujemy się na Aktobe. Niviasta zaczyna czuć pod kołami kazachskie drogi, a raczej ich brak. Zasada jest jedna – pod żadnym pozorem nie jechać główną „asfaltową” drogą, bo to tylko skończy się wyłapaniem wielkich metrowych wyrw. Za przykładem miejscowych aut poruszamy się równoległymi do głównej, wyjeżdzonymi stepowymi, piaszczystymi drogami, których zawsze jest kilka do wyboru. Prędkość mamy śr. 30- 40kmg/h. Po kilku godzinach zastanawiamy się , dlaczego ludzie płacą olbrzymie sumy pieniędzy za offroad. My będziemy go mieli przez najbliższe 3000km...





Wskazówka paliwa niebezpiecznie spada do zera. Stacji paliw, która wg lokalsów miała być – nie ma, w naszych kanistrach paliwa też brak. Zatrzymuje się przy przydrożnym barze”KAFE” . Słowo „benzin” jakoś nie przemawia do miejscowych Na horyzoncie pojawia się ich trzech policjantów, wspominaję coć o „zaprawce” i za ich prośbą jedziemy za nimi do wioski. Zastanawiamy się czy może nas nie wywożą do komisariatu... Podjeżdzamy przed dwa, duże zardzewiałe zbiorniki. Uff jest paliwo - „zaprawka” :) Kosztuje trochę drożej 125 T zamiast 110T, ale najważniejsze, że jest. Policjanci trochę się z nas podśmiewają, miła pani napełnia nam kanistry i szczęśliwa „nawodniona” Niva może ruszać dalej. W końcu mamy pierwszy nocleg bez parszywych owadów, ale żeby nie było nudno pojawia się bardzo porywisty, stepowy wiatr niosący tumany pyłu. Namioty gnąc się na wszystkie strony, dzielnie z nim walczą do samego rana i przechodzą tą próbę na pięć :)
Kazachski nocleg

Niwo kontrukcje cieniujace

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz